16 grudnia. Dzień Pamięci Prezydenta Gabriela Narutowicza
16 grudnia. Dzień Pamięci Prezydenta Gabriela Narutowicza
16 grudnia wraca do nas jak wyrzut sumienia. Jak ostrzeżenie. Jak data, w której polska polityka po raz pierwszy przekroczyła granicę, zza której trudno było wrócić. W tym dniu wspominamy Gabriela Narutowicza – pierwszego prezydenta Rzeczypospolitej. Człowieka skromnego, państwowego, utalentowanego inżyniera, który całe dorosłe życie budował, a zginął z ręki tego, kto chciał niszczyć.
Narutowicz nie należał do świata zgiełku i politycznych awantur. Pochodził z żmudzkiej szlachty, ale całe życie pracował jak ktoś, kto wie, że tytuły nie wystarczą. Został wychowany przez matkę, kobietę mądrą i wymagającą, która nauczyła go odpowiedzialności. Po studiach w Petersburgu ciężka choroba i represje caratu wypchnęły go na emigrację. Trafił do Szwajcarii. Tam odkrył, że inżynieria może być sztuką służby ludziom.
W Zurychu został profesorem. W St. Gallen – specjalistą od Renu. Projektował elektrownie we Włoszech i Hiszpanii. Współtworzył systemy regulacji rzek, które do dziś budzą uznanie. Stał się jednym z twórców elektryfikacji Szwajcarii. Miał w sobie pasję budowniczego. Umiejętność myślenia długofalowego. Wiarę, że technika ma sens tylko wtedy, gdy służy wspólnocie. To było jego naturalne propaństwowe credo – jeszcze zanim Polska w ogóle odzyskała niepodległość.
Kiedy w 1919 roku przyjął zaproszenie polskiego rządu i wrócił do kraju, nie wracał po zaszczyty. Wracał do pracy. Już rok później został ministrem robót publicznych. Badał bieg Wisły. Planując regulację rzek, myślał o przyszłym rozwoju kraju. Nadzorował budowę hydroelektrowni w Porąbce. W rządzie Artura Śliwińskiego objął tekę ministra spraw zagranicznych. Umacniał sojusz z Rumunią. Szukał dróg porozumienia gospodarczego ze wschodem. Zawsze chłodny. Zawsze rzeczowy. Zawsze nastawiony na interes państwa, nie na interes politycznych grup.
Prezydentem został wbrew sobie. Kandydatura była dla niego zaskoczeniem. Zgłosiło go PSL „Wyzwolenie”. W decydującym momencie poparło go również PSL „Piast”. To chłopskie stronnictwa – ruch ludzi pracy – uznały, że państwo potrzebuje człowieka uczciwego, spokojnego i kompetentnego. W ostatniej turze to właśnie ich decyzja przechyliła szalę. Narutowicz wygrał z Maurycym Zamoyskim 289 do 227 głosów. Legalnie. Demokratycznie. Z poparciem ugrupowań, które wierzyły w reformę rolną i w państwo bliższe obywatelowi.
Triumf przyniósł jednak burzę. Prawica rozpętała kampanię nienawiści, oskarżając go o ateizm, masonerię, brak „polskości”. Ulice Warszawy zagotowały się od demonstracji. Polityczne emocje przestały być debatą. Stały się amunicją. Narutowicz próbował tonować nastroje. Spotykał się z prawicą. Proponował Maurycemu Zamoyskiemu tekę ministra spraw zagranicznych. Chciał rządu ponadpartyjnego. Rządu zgody. Nie dano mu szansy.
16 grudnia 1922 roku, w samo południe, w Zachęcie, padły trzy strzały. Zabił go fanatyk – człowiek wykształcony, ale zatruty nienawiścią. Zabił prezydenta, który mógł stać się pomostem między stronami sporu. Zabił symbol państwa, które dopiero zaczynało oddychać wolnością.
Śmierć Narutowicza była wstrząsem. Niemal doprowadziła do wojny domowej. Prawdziwe zagrożenie powstrzymał marszałek Maciej Rataj z PSL „Piast”. W kilka godzin przejął obowiązki głowy państwa, wskazał Władysława Sikorskiego na premiera, uspokoił kraj. Dzięki niemu uniknięto tragedii na większą skalę. To była lekcja odpowiedzialności państwowej. Lekcja, którą Rataj i ludowcy zdali celująco.
Zginął człowiek spokojny. Naukowiec. Inżynier. Patriota, który trzy dekady spędził na emigracji, a gdy Polska zawołała – wrócił bez wahania. Nie miał w sobie złości. Nie miał ambicji wielkiego polityka. Miał jedynie jedno pragnienie: normalnego, stabilnego, nowoczesnego państwa.
Dziś Sejm ustanawia 16 grudnia Dniem Pamięci Prezydenta Gabriela Narutowicza. To nie jest tylko gest wobec ofiary zamachu. To apel. Przestroga. Lekcja, że polityczna nienawiść jest trucizną. Że słowa mogą zabijać. Że język pogardy w końcu zmienia się w dźwięk wystrzału.
Narutowicz przypomina nam o Polsce, która mogła być spokojniejsza, mądrzejsza i bardziej odpowiedzialna. O Polsce, którą próbował budować – cierpliwie i kompetentnie. O Polsce, którą przerwały trzy strzały.
Pamiętajmy o nim nie tylko 16 grudnia. Pamiętajmy zawsze, gdy polityka zaczyna być zbyt głośna, a państwo – zbyt kruche.
Dr Janusz Gmitruk
Dyrektor Muzeum Historii Polskiego Ruchu Ludowego
Wyimek:
Prezydentem został wbrew sobie. Kandydatura była dla niego zaskoczeniem. Zgłosiło go PSL „Wyzwolenie”. W decydującym momencie poparło go również PSL „Piast”. To chłopskie stronnictwa – ruch ludzi pracy – uznały, że państwo potrzebuje człowieka uczciwego, spokojnego i kompetentnego.
